środa, 2 listopada 2011

nie chcem

Nic nigdy tak poważnie nie zmienia człowieczego nastawienia do Wszechtegocojestdookoła,
jak gimnazjum. Tia, tia. Złamałam żelazną zasadę już w poprzednim poście i napisałam o szkole, niech ją licho!

Ale co tam.

Meritum.

Gimnazjum zmienia. A może po prostu...

Nie, inaczej.

Gimnazjum jest sobie, a my to nawet się nie zmieniamy, tylko zdejmujemy z siebie te cebulaste warstwy, ale w dziwnej jakiejś kolejności i wbrew wszelkim fizyki prawom (aka: najpierw dach, potem meble, wreszcie podłoga). Nie, to nie jest dobre. To jest bolesne.

Ale człowiek ma to do siebie, że się przyzwyczaja, wrasta i siedzi. A potem ciężko na nowo, lepiej przecież mieć podstawę, nie zaś wirować sobie w przestrzeni.

Huh, nie chcę dorastać. Mam już okropnie dużo lat, w styczniu stuknie mi szesnaście. Nie chcę, nie, nie, nie!

Chcę do Nibylandii. Chyba pogadam sobie dzisiaj z Tym Na Górze.

To

Hahaha.

Jasne płomienie poranka,
mgła zamykająca się powoli
nad nami,
kuśtykająca niepewność,
jątrzący się jad et cetera,
małżowiny, małże i skały.

To nic.

Nic, doprawdy, mówię wam.

Nic.

W porównaniu z jednym słodkim
jak miód miodnie miodny
faktem.

Nie idę jutro do szkoły.





hahahhahahahahahahha!