Nic nigdy tak poważnie nie zmienia człowieczego nastawienia do Wszechtegocojestdookoła,
jak gimnazjum. Tia, tia. Złamałam żelazną zasadę już w poprzednim poście i napisałam o szkole, niech ją licho!
Ale co tam.
Meritum.
Gimnazjum zmienia. A może po prostu...
Nie, inaczej.
Gimnazjum jest sobie, a my to nawet się nie zmieniamy, tylko zdejmujemy z siebie te cebulaste warstwy, ale w dziwnej jakiejś kolejności i wbrew wszelkim fizyki prawom (aka: najpierw dach, potem meble, wreszcie podłoga). Nie, to nie jest dobre. To jest bolesne.
Ale człowiek ma to do siebie, że się przyzwyczaja, wrasta i siedzi. A potem ciężko na nowo, lepiej przecież mieć podstawę, nie zaś wirować sobie w przestrzeni.
Huh, nie chcę dorastać. Mam już okropnie dużo lat, w styczniu stuknie mi szesnaście. Nie chcę, nie, nie, nie!
Chcę do Nibylandii. Chyba pogadam sobie dzisiaj z Tym Na Górze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz