Budzę się rano. Moją pierwszą myślą jest jakże oryginalne kurcze. Kurczęta co prawda nie pojawiały się na wąskim wokół-łóżkowym horyzoncie. Ich żółć wkrótce jednak poważnie miała mnie zalać. Budzik nastawiłam na 8.30! Anielko, wstałam o 11.00. Toż to się nie godzi!
Plany bowiem miałam wielkie. Co zrobić? Pozostało mi wzywać kurczęta. No i, na moje nieszczęście codzienne, okazało się, że mogłabym robić za miejscowego szamana.
Żółte kulki pojawiły się w liczbie dwu. Patrzyły na moje zdziwienie błyszczącymi ślepiami zdegustowania. Toż to była niemal tortura. Poczułam ogromniastą żałość. A kurczaki beznamiętnie mnie dobijały. Poddano mnie okrutnej próbie charakteru.
Ach... nie mrugnęłam. Zdezorientowane żółtki zakraczały niepewnie. Planowałam zemstę. Ale cóż, kiedy w chwilę przed dokonaniem się tejże, wzięto sprzed mych szponów kurczaki żółte dekoracyjne w liczbie dwu. Mlasnęłam z niechęcią adresowaną do Wszechbytu oczywiście.
Na co komu kurczaki w lutym?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz