czwartek, 21 lipca 2011

Jeśli tylko

Nic więcej ponad to co jest a i tak za mało!

Wiecie co, Światy Ukryte i Cuda Niedostępne?

Łaknę perwersji!

 Las kołysał się pod batutę wiatru.
 Jak pięknie. Szum snuł magiczną opowieść...

 Nigdy nikt nie kochał tak żałośnie i moco,
 jak dwoje młodych dzieci
 Waria i Gideo.
 Ich miłość ze snów prosto
 została spisana
 tak własna.
 Krążyły nad nimi smutne matek oczy
 i płonął gniewny głos ojców
 na próżno.
 Pod niebem zeszarzałym gniewnie
 z gąłązkami ostu biegali
 całkiem boso.
 Waria wplatała zboże złociste
 we włosy swoje płowe
 ze złością.
 Gideo pola ciął łukiem biegu,
 zapamiętały w szaleństwie 
 bladł tylko.
 I byli sobie sami przyjaźnią
 i wrzosami czułości
 i trwogą.
 Kąpali się w rosie i deszczu,
 płakali za zmarłą krową,
 orali rzekę.
 Gdy nadszedł czas umierania,
 spojeni w cichym dudnieniu,
 lęk czuli.
 Waria patrzyła tępo na stosy,
 ręką macała pręty.
 Gideo tulił.
 Kruki i kawka rozpoczynały smętne pieśni.
 Drzewo dziecięcej furii 
 pochylało się ciężko.
 A raz słońce spóźniało się z wstaniem
 i żal rozkołysał serce. 
 Usnęła.
 Gideo się zbudził z ręką na jej brzuchu,
 a biała Waria wciąż spała.
 Bo ciemno.
 Spali więc oboje z naiwną ufnością
 i dzikim wrzaskiem dziecka,
 spali mocno.

Sama nie wiem, co jest prawdą w opowieściach lasu. Bo las, on mnie perfidnie przeciąga na stronę ciszy i bezwstydu. Niby dobrze. Lubię ciszę. Ale nie milczenie. A tu, ten las chce, bym milkła. Sam bezwstyd jest nawet kuszący. Jednak chyba wolę łaknienie. I muskanie samo. O tak.

wtorek, 19 lipca 2011

Wracam

Nie tu, na taflę bloggerowego egzystowania.
Nie do życia, też coś! Phi.

Wracam do wałsnej głowy.

Droga była długa. Ścieżka kręta i zawiła.
Las kusił szumem liści i cieniem pod pajęczynami.
Ale widzicie, u mnie las jest wielką głębią.
To coś jak krytyczny punkt. Tylko przyjemny,
z pozoru normalny, codzienny i właściwy.

Jednak wróciłam.
Ścieżka była leśna, co logiczne chyba.
Piach w butach. Och, nie mogłam iść boso!

Kirke, moja czarna pantera, irytowała się non stop.

Hyfelon, ptak puszczy, który za mną leciał,
nie mam pojęcia, po co, gdaczał,
że jest napalony i jest mu zimno.
Jednocześnie. Ale lubiłam drania.

Zostało mi w worku doświadczeń pozaumysłowych coś nowego.
Bo może właśnie odkryłam, że wolę słoneczniki na sukienkach
i kapeluszach od tych żółtych i prawdziwych.
I nienawidzę upału i kocham ciepło.
Żałuję tych, których nie znoszę. Lubię nie być mną.

Kirke miałam za złe jej
niekończące się prychnięcia.
Mówiąc jednak szczerze,
tylko ona trzyma mnie
wokół szkieletu i w siateczce
skóry. Ałć. Znowu.
Dzięki, Kirke!

Ku mojemu zdumieniu, wracam jednak
i jestem teraz sobą we własnej głowie.
Która, swoją drogą, boli mnie strrraszniee.

I siedzę wpatrzona tępo w monitor.
I siedzę klikając zawzięcie.

O tak, jakoś tak. Jest to.