Nic więcej ponad to co jest a i tak za mało!
Wiecie co, Światy Ukryte i Cuda Niedostępne?
Łaknę perwersji!
Las kołysał się pod batutę wiatru.
Jak pięknie. Szum snuł magiczną opowieść...
Nigdy nikt nie kochał tak żałośnie i moco,
jak dwoje młodych dzieci
Waria i Gideo.
Ich miłość ze snów prosto
została spisana
tak własna.
Krążyły nad nimi smutne matek oczy
i płonął gniewny głos ojców
na próżno.
Pod niebem zeszarzałym gniewnie
z gąłązkami ostu biegali
całkiem boso.
Waria wplatała zboże złociste
we włosy swoje płowe
ze złością.
Gideo pola ciął łukiem biegu,
zapamiętały w szaleństwie
bladł tylko.
I byli sobie sami przyjaźnią
i wrzosami czułości
i trwogą.
Kąpali się w rosie i deszczu,
płakali za zmarłą krową,
orali rzekę.
Gdy nadszedł czas umierania,
spojeni w cichym dudnieniu,
lęk czuli.
Waria patrzyła tępo na stosy,
ręką macała pręty.
Gideo tulił.
Kruki i kawka rozpoczynały smętne pieśni.
Drzewo dziecięcej furii
pochylało się ciężko.
A raz słońce spóźniało się z wstaniem
i żal rozkołysał serce.
Usnęła.
Gideo się zbudził z ręką na jej brzuchu,
a biała Waria wciąż spała.
Bo ciemno.
Spali więc oboje z naiwną ufnością
i dzikim wrzaskiem dziecka,
spali mocno.
Sama nie wiem, co jest prawdą w opowieściach lasu. Bo las, on mnie perfidnie przeciąga na stronę ciszy i bezwstydu. Niby dobrze. Lubię ciszę. Ale nie milczenie. A tu, ten las chce, bym milkła. Sam bezwstyd jest nawet kuszący. Jednak chyba wolę łaknienie. I muskanie samo. O tak.
czwartek, 21 lipca 2011
wtorek, 19 lipca 2011
Wracam
Nie tu, na taflę bloggerowego egzystowania.
Nie do życia, też coś! Phi.
Wracam do wałsnej głowy.
Droga była długa. Ścieżka kręta i zawiła.
Las kusił szumem liści i cieniem pod pajęczynami.
Ale widzicie, u mnie las jest wielką głębią.
To coś jak krytyczny punkt. Tylko przyjemny,
z pozoru normalny, codzienny i właściwy.
Jednak wróciłam.
Ścieżka była leśna, co logiczne chyba.
Piach w butach. Och, nie mogłam iść boso!
Kirke, moja czarna pantera, irytowała się non stop.
Hyfelon, ptak puszczy, który za mną leciał,
nie mam pojęcia, po co, gdaczał,
że jest napalony i jest mu zimno.
Jednocześnie. Ale lubiłam drania.
Zostało mi w worku doświadczeń pozaumysłowych coś nowego.
Bo może właśnie odkryłam, że wolę słoneczniki na sukienkach
i kapeluszach od tych żółtych i prawdziwych.
I nienawidzę upału i kocham ciepło.
Żałuję tych, których nie znoszę. Lubię nie być mną.
Kirke miałam za złe jej
niekończące się prychnięcia.
Mówiąc jednak szczerze,
tylko ona trzyma mnie
wokół szkieletu i w siateczce
skóry. Ałć. Znowu.
Dzięki, Kirke!
Ku mojemu zdumieniu, wracam jednak
i jestem teraz sobą we własnej głowie.
Która, swoją drogą, boli mnie strrraszniee.
I siedzę wpatrzona tępo w monitor.
I siedzę klikając zawzięcie.
O tak, jakoś tak. Jest to.
Nie do życia, też coś! Phi.
Wracam do wałsnej głowy.
Droga była długa. Ścieżka kręta i zawiła.
Las kusił szumem liści i cieniem pod pajęczynami.
Ale widzicie, u mnie las jest wielką głębią.
To coś jak krytyczny punkt. Tylko przyjemny,
z pozoru normalny, codzienny i właściwy.
Jednak wróciłam.
Ścieżka była leśna, co logiczne chyba.
Piach w butach. Och, nie mogłam iść boso!
Kirke, moja czarna pantera, irytowała się non stop.
Hyfelon, ptak puszczy, który za mną leciał,
nie mam pojęcia, po co, gdaczał,
że jest napalony i jest mu zimno.
Jednocześnie. Ale lubiłam drania.
Zostało mi w worku doświadczeń pozaumysłowych coś nowego.
Bo może właśnie odkryłam, że wolę słoneczniki na sukienkach
i kapeluszach od tych żółtych i prawdziwych.
I nienawidzę upału i kocham ciepło.
Żałuję tych, których nie znoszę. Lubię nie być mną.
Kirke miałam za złe jej
niekończące się prychnięcia.
Mówiąc jednak szczerze,
tylko ona trzyma mnie
wokół szkieletu i w siateczce
skóry. Ałć. Znowu.
Dzięki, Kirke!
Ku mojemu zdumieniu, wracam jednak
i jestem teraz sobą we własnej głowie.
Która, swoją drogą, boli mnie strrraszniee.
I siedzę wpatrzona tępo w monitor.
I siedzę klikając zawzięcie.
O tak, jakoś tak. Jest to.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)