Nie tu, na taflę bloggerowego egzystowania.
Nie do życia, też coś! Phi.
Wracam do wałsnej głowy.
Droga była długa. Ścieżka kręta i zawiła.
Las kusił szumem liści i cieniem pod pajęczynami.
Ale widzicie, u mnie las jest wielką głębią.
To coś jak krytyczny punkt. Tylko przyjemny,
z pozoru normalny, codzienny i właściwy.
Jednak wróciłam.
Ścieżka była leśna, co logiczne chyba.
Piach w butach. Och, nie mogłam iść boso!
Kirke, moja czarna pantera, irytowała się non stop.
Hyfelon, ptak puszczy, który za mną leciał,
nie mam pojęcia, po co, gdaczał,
że jest napalony i jest mu zimno.
Jednocześnie. Ale lubiłam drania.
Zostało mi w worku doświadczeń pozaumysłowych coś nowego.
Bo może właśnie odkryłam, że wolę słoneczniki na sukienkach
i kapeluszach od tych żółtych i prawdziwych.
I nienawidzę upału i kocham ciepło.
Żałuję tych, których nie znoszę. Lubię nie być mną.
Kirke miałam za złe jej
niekończące się prychnięcia.
Mówiąc jednak szczerze,
tylko ona trzyma mnie
wokół szkieletu i w siateczce
skóry. Ałć. Znowu.
Dzięki, Kirke!
Ku mojemu zdumieniu, wracam jednak
i jestem teraz sobą we własnej głowie.
Która, swoją drogą, boli mnie strrraszniee.
I siedzę wpatrzona tępo w monitor.
I siedzę klikając zawzięcie.
O tak, jakoś tak. Jest to.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz