poniedziałek, 23 maja 2016

Dobić mnie dobić

Leżę drugą godzinę tak. Zła i zmęczona, i śpiąca. I spocona, bo u nas na poddaszu to duszno zawsze w te wiosennoletnie okazje. Ogółem: umierająca. I myślę o tych wszystkich wymówkach do powiedzenia, nigdy jeszcze tylu ludziom nie musiałam tylu aż. Męczące. Nie chce mi się bardziej niż zwykle mi się nie chce. 

Próbuję oczyścić umysł z tych wymówkowych planów i myślę, o czym myśleć, żeby mieć trzy godziny sprawiedliwego snu. 

O czym, no? O Drodze Mlecznej może. I że jestem małą cząstką maleńkości we Wszechświecie. 
Że dom i powinnam czuć ulgę. 

Ale to nie, bo po piątej mnie już w domu nie będzie. Że maj i bzy. O, może to. Jak pięknie pachniał ten przy wjeździe. Ha, ha. 
O tym, że się komuś przychodzi gdzieś jak nocy majowej, nocy uśpionej w jaśminie. 
Że komuś się gdzieś miło dochodzi i ten ktoś jak już zaśnie wykończony, będzie sobie bezkarnie spał do południa. Ach, lubię cieszyć się cudzymi szczęściami. 

O poduszce. O tak. Chyba jednak zasnę. Poduszka, zen, Dalajlama, nindo, civediamo, muszę spakować rano koszulki na dokumenty, skarpetki kostkowe i zabrać zieloną torbę. Ach, ach. 

Ciekawe, czy będzie upalne lato? Zrobimy wreszcie ognisko nad rzeką. Opalę się we Włoszech. Dożyjemy jutra. Och. Już jest jutro. Coś tu nie gra, no nie? Ech.

wtorek, 10 maja 2016

powinnam iść spać

raz widziałam, jak zasnął na krześle
i śnił o oceanach - to na pewno

(jesteś mój, nigdy nie było cię mniej dla świata, bo-
mój tylko)

otworzył oczy, to czaiły się mroki na ich dnie:
patrzył sennie-niesennie (źrenice-noce)

raz widziałam, jak odprowadzał śmierci:
tutaj, mówił cicho i spokojnie, tutaj proszę, nie ma się czego bać

(wszyscyśmy się bali)
a oni pełzli za tym jego cichym i spokojnym,
w siną pełzli noc. on im jak w walcu, na trzy, niespiesznie i lekko, ot - w takt

(raz dwa trzy i znów:
raz dwa trzy pauza)

***
[#songs_to_fuck_to - same durne piosenki z ostatnich paru lat.
nie żebyśmy mieli coś do dzisiaj w ogóle, ale do durności to już tak

raz widziałeś, jak zasnęłam na krześle
i śniłam, że nie ma zmęczenia, że śnić można wiecznie

otworzyłam oczy w twoje oczy, oczy twoje. i nie czaiło się tam nic
z pasji, złości, zasmucenia. jak nie ty

raz widziałeś, jak wychodzę śmierciom naprzeciw.
ot, w takt. raz dwa trzy raz]

[to match ur heartbeat - wpisałam.
raz widziałam, jak wstrzymujesz oddech nad uciekającym życiem.
raz widziałam, jak wstrzymujesz oddech nade mną.

okej, myślałam o twoich dłoniach, o palcach, o kciukach, o skórze za paznokciami
mojej za twoimi
okej, bywa i tak]

raz usiadł na krześle i wlepił we mnie ciemność i duchotę oczami urocznymi.
później na tym krześle zasnął. nie śnił już o oceanach.
we śnie pochylałam się nad nim i pytałam, czy to mu wystarczy

mieliśmy oboje wygórowane wymagania:
on oczekiwał cudów.
ja się cudów bałam

a na dodatek i on
i ja
ściśnięci pod płaszczem kostuchy
jak kukiełki na sznureczkach, służący
raz dwa trzy

raz widzieliśmy się wzajem w martwych jej oczyskach
wystarczyło
wystarczyło

poniedziałek, 30 listopada 2015

cantyousee

Jeśli nie znasz smaku:

bólu, strachu, rozpaczy,

to
nie przychodź do mnie.

Jestem
/który wiecznie płonie /
ogniem

.


Tylko wówczas
tylko wówczas

gdy
przeorany
dotarty do rdzenia
ordzewiały na gorzko
zacierpiały

przywleczesz się
z opadającymi na ziemię niteczkami ciała
i brakiem uśmiechu
co wreszcie nadąża za oczami

gdy powiesz
kłamałem

albo
kochałem

albo
ucierpiałem
cierpiałem

tylko wówczas
twoje porozbijane serce
pokleję
plasterkami
ucałuję każde zagięcie
przetarcie rozdarcie


powiem:
Chodź do mnie, kochanie.

sobota, 21 listopada 2015

IDK

LIKE I SAID


XXXXXXXxxxxxxxx\\

dlaczego dlaczego szczypią mnie oczy
nie
w sensie
że zamawiam płacz
po prostu szczypią
i takie jakieś jakby za dużo morza widziały

och
to to
no właśnie


(piękniałam usidlona przypływem
twojego spojrzenia
no jakkolwiek to brzmi
niech będzie no

j a s n o n i e b i e s k i e

falujące spienione wzburzone
morze twoich oczu
o tak)

niedziela, 1 listopada 2015

vb

no ale jednak niczym są historie o
namiętnym utęsknieniu albo o tym jak
płakałam bezgłośnie z braku ciepła jego rąk

nawet taka baśń o zmartwychwstaniu
  nadziei na żyli długo i szczęśliwie pisana dojrzalszym metrum
z małymi crescendo pośrodku i z nieprzesadą
z czułym półuśmiechem i dobijaniem głębi

nic to   w o b e c

opowieści o
o czym
słów nie potrafię dobrać tak
by stworzyły właściwe zaklęcie
ani mi to trafne wyjdzie ani ładne
zero wartości zatem

a tak bym chciała musnąć coś
odrobinę chociażby
o wielkiej tej miłości do świata i do ludzi
o sercu ulepionym z dobrej pachnącej ziemi
oczach przenikających przeszywających
ze źrenicami jak studnie gdzie chcesz wpatrywać się i wpatrywać
   i wpatrywać przywołując w pamięci obrazy domu
talerza parującej zupy
ciasta ugniatanego na kuchennym stole
falującej firanki
garnków w zlewie
wykrochmalonej pościeli w kwiatowy wzór

niczym są
nuty kursywy kreda deklamacje
logarytmy bromki suwmiarki kośćce
sztućce felgi melorecytacje rubiny
księgi sztabki serwery elokwencje
zdystansowania głupoty inteligencje
wszystko niczym

kiedy dotknięciem
różanopalca
  nadaje dniu kształt
nie poddaje się nocy
  łagodnie

niedziela, 11 października 2015

mimoza

matrioszki
mimozy
marmur
marcepan

marcepanowy kochanek z marmuru
oczy zmrużywszy
przyglądał się jak ściągasz majtki

w innym śnie
wyśnionym w śnieżną chmurną noc
szeptem wydrapałaś mu na powiekach
swoją
miłość miłość miłość
a może to nie to
pytałaś uderzając w pudło z duszą
wiolonczele mają oczy i odbierają dotyk
i oddają czułość poczwórnie poczwórnie

pójdźcie za mną a uczynię was rybakami ludzi
słuchaliście
o tak w tym jesteście podobni
chcecie łowić ludzi i zbawiać świat i
wyście poznali i uwierzyli tej Miłości

chcecie kłamać sobie o zieleniejącej wiośnie
o jesieni wygranej na drutach kolczastych
na strzykawkach agrafkach młotkach

mimoza chowa się za firanką
kiedy kluczysz po pokoiku z dłońmi na czole
        na oczach na piersi na sercu
okna zaciemnione węglem
znałaś tę piosenkę dawno temu

nie patrzy ci w oczy gdy mijacie się
mijacie się ze zgodą
za zgodą się nie kochacie

za zgodą się nie nienawidzicie
taki piękny świat

piątek, 11 września 2015

kkkk

przez palce zlepione ze smolistej jak na te tereny wręcz nieprzyzwoicie smolistej
gliny
no więc
przez te palce gliniane tak pięknie po ludzku
przesypywał mu się czas: ziarenko jedno po drugim
(pierwsze - patrz. szare, po prostu szare, żadne błyszczące
czy z ukrytą głębią, zwykły kawałek najzwyklejszej skały)

już nie miał w oczach paniki ani niezrozumienia (chociaż, owszem,
nie rozumiał, a l e)
tylko czułość granicząca ze ślicznym bólem (jak to?, pytasz, ból
może być tylko nagi nagi i śliski. prawda.)

tak wiele dni, tak wiele nocy
przy woskowiejącej skórze, przy.glądając się oczom puściejszym,
przy.bliżając wierzch dłoni do zimnych gorących skroni,
przy.patrując się mgiełce ostatniej, jak wychodzi spomiędzy warg

oczywiście był uparty
zbyt ambitny mimo wszystko o tak
za mało wyhodował cierpliwości
ale to inna historia

bo w tej opowieści liczy się, że ziarenko za ziarenkiem
spadało głęboko na dno jego kośćca, miał szarosrebrny piasek
w szpiku, w szkliwie, w sercu wreszcie też - serce miał z białego kamienia

koniec koniec
nie wiem, co jeszcze należy dodać
nie ma końca
bez końca
ta siateczka
zmarszczek
patrz patrz patrz