niedziela, 26 sierpnia 2012

Cześć Wam.
I Tobie, Wszechświecie.

Czy Wasi bracia także pieczą ciasta?
Nie? To polecam, fajna sprawa.

Nie wiem, co robić.
Narysowałam dla koleżanki mini-komikso-coś z Gota, potem zjadłam ciastka, potem ciasto,
no a potem nawiedziły mnie różne stwory z mojej głowy.
Fajne i niefajne.

Muahahah.
Jestem mrokiem, takie mam wrażenie.

piątek, 24 sierpnia 2012

dlaczego wakacje nie trwają wiecznie w mojej głowie

Może jestem po prostu ośrodkiem głupoty

a może nie.


Jakiś taki niewyżyty mój wewnętrzny artysta jest. Że nie wspomnę o człowieku wewnętrznym.

Potrafię skleić pierogi, potrafię je stworzyć, muszę o tym pamiętać.


Tymczasem nawiedzają mnie rybki akwariowe mego brata.

środa, 22 sierpnia 2012

Powracam na blogosfery łono ponownie.
Nie, nie znoszę wręcz wstępów do wpisów własnych.
No nie!

Aha.

Jednym okiem oglądam właśnie film traktujący o emocjach w boksie z Meg Ryan,
drugim mrugam do ekranu komputerowego.

Popłynęła
piękna
Muza
muzowego
pół-półświatka
na wertepy
zatracenie
Ona Muza
ja zagadka

środa, 2 listopada 2011

nie chcem

Nic nigdy tak poważnie nie zmienia człowieczego nastawienia do Wszechtegocojestdookoła,
jak gimnazjum. Tia, tia. Złamałam żelazną zasadę już w poprzednim poście i napisałam o szkole, niech ją licho!

Ale co tam.

Meritum.

Gimnazjum zmienia. A może po prostu...

Nie, inaczej.

Gimnazjum jest sobie, a my to nawet się nie zmieniamy, tylko zdejmujemy z siebie te cebulaste warstwy, ale w dziwnej jakiejś kolejności i wbrew wszelkim fizyki prawom (aka: najpierw dach, potem meble, wreszcie podłoga). Nie, to nie jest dobre. To jest bolesne.

Ale człowiek ma to do siebie, że się przyzwyczaja, wrasta i siedzi. A potem ciężko na nowo, lepiej przecież mieć podstawę, nie zaś wirować sobie w przestrzeni.

Huh, nie chcę dorastać. Mam już okropnie dużo lat, w styczniu stuknie mi szesnaście. Nie chcę, nie, nie, nie!

Chcę do Nibylandii. Chyba pogadam sobie dzisiaj z Tym Na Górze.

To

Hahaha.

Jasne płomienie poranka,
mgła zamykająca się powoli
nad nami,
kuśtykająca niepewność,
jątrzący się jad et cetera,
małżowiny, małże i skały.

To nic.

Nic, doprawdy, mówię wam.

Nic.

W porównaniu z jednym słodkim
jak miód miodnie miodny
faktem.

Nie idę jutro do szkoły.





hahahhahahahahahahha!

czwartek, 21 lipca 2011

Jeśli tylko

Nic więcej ponad to co jest a i tak za mało!

Wiecie co, Światy Ukryte i Cuda Niedostępne?

Łaknę perwersji!

 Las kołysał się pod batutę wiatru.
 Jak pięknie. Szum snuł magiczną opowieść...

 Nigdy nikt nie kochał tak żałośnie i moco,
 jak dwoje młodych dzieci
 Waria i Gideo.
 Ich miłość ze snów prosto
 została spisana
 tak własna.
 Krążyły nad nimi smutne matek oczy
 i płonął gniewny głos ojców
 na próżno.
 Pod niebem zeszarzałym gniewnie
 z gąłązkami ostu biegali
 całkiem boso.
 Waria wplatała zboże złociste
 we włosy swoje płowe
 ze złością.
 Gideo pola ciął łukiem biegu,
 zapamiętały w szaleństwie 
 bladł tylko.
 I byli sobie sami przyjaźnią
 i wrzosami czułości
 i trwogą.
 Kąpali się w rosie i deszczu,
 płakali za zmarłą krową,
 orali rzekę.
 Gdy nadszedł czas umierania,
 spojeni w cichym dudnieniu,
 lęk czuli.
 Waria patrzyła tępo na stosy,
 ręką macała pręty.
 Gideo tulił.
 Kruki i kawka rozpoczynały smętne pieśni.
 Drzewo dziecięcej furii 
 pochylało się ciężko.
 A raz słońce spóźniało się z wstaniem
 i żal rozkołysał serce. 
 Usnęła.
 Gideo się zbudził z ręką na jej brzuchu,
 a biała Waria wciąż spała.
 Bo ciemno.
 Spali więc oboje z naiwną ufnością
 i dzikim wrzaskiem dziecka,
 spali mocno.

Sama nie wiem, co jest prawdą w opowieściach lasu. Bo las, on mnie perfidnie przeciąga na stronę ciszy i bezwstydu. Niby dobrze. Lubię ciszę. Ale nie milczenie. A tu, ten las chce, bym milkła. Sam bezwstyd jest nawet kuszący. Jednak chyba wolę łaknienie. I muskanie samo. O tak.

wtorek, 19 lipca 2011

Wracam

Nie tu, na taflę bloggerowego egzystowania.
Nie do życia, też coś! Phi.

Wracam do wałsnej głowy.

Droga była długa. Ścieżka kręta i zawiła.
Las kusił szumem liści i cieniem pod pajęczynami.
Ale widzicie, u mnie las jest wielką głębią.
To coś jak krytyczny punkt. Tylko przyjemny,
z pozoru normalny, codzienny i właściwy.

Jednak wróciłam.
Ścieżka była leśna, co logiczne chyba.
Piach w butach. Och, nie mogłam iść boso!

Kirke, moja czarna pantera, irytowała się non stop.

Hyfelon, ptak puszczy, który za mną leciał,
nie mam pojęcia, po co, gdaczał,
że jest napalony i jest mu zimno.
Jednocześnie. Ale lubiłam drania.

Zostało mi w worku doświadczeń pozaumysłowych coś nowego.
Bo może właśnie odkryłam, że wolę słoneczniki na sukienkach
i kapeluszach od tych żółtych i prawdziwych.
I nienawidzę upału i kocham ciepło.
Żałuję tych, których nie znoszę. Lubię nie być mną.

Kirke miałam za złe jej
niekończące się prychnięcia.
Mówiąc jednak szczerze,
tylko ona trzyma mnie
wokół szkieletu i w siateczce
skóry. Ałć. Znowu.
Dzięki, Kirke!

Ku mojemu zdumieniu, wracam jednak
i jestem teraz sobą we własnej głowie.
Która, swoją drogą, boli mnie strrraszniee.

I siedzę wpatrzona tępo w monitor.
I siedzę klikając zawzięcie.

O tak, jakoś tak. Jest to.