środa, 2 listopada 2011

nie chcem

Nic nigdy tak poważnie nie zmienia człowieczego nastawienia do Wszechtegocojestdookoła,
jak gimnazjum. Tia, tia. Złamałam żelazną zasadę już w poprzednim poście i napisałam o szkole, niech ją licho!

Ale co tam.

Meritum.

Gimnazjum zmienia. A może po prostu...

Nie, inaczej.

Gimnazjum jest sobie, a my to nawet się nie zmieniamy, tylko zdejmujemy z siebie te cebulaste warstwy, ale w dziwnej jakiejś kolejności i wbrew wszelkim fizyki prawom (aka: najpierw dach, potem meble, wreszcie podłoga). Nie, to nie jest dobre. To jest bolesne.

Ale człowiek ma to do siebie, że się przyzwyczaja, wrasta i siedzi. A potem ciężko na nowo, lepiej przecież mieć podstawę, nie zaś wirować sobie w przestrzeni.

Huh, nie chcę dorastać. Mam już okropnie dużo lat, w styczniu stuknie mi szesnaście. Nie chcę, nie, nie, nie!

Chcę do Nibylandii. Chyba pogadam sobie dzisiaj z Tym Na Górze.

To

Hahaha.

Jasne płomienie poranka,
mgła zamykająca się powoli
nad nami,
kuśtykająca niepewność,
jątrzący się jad et cetera,
małżowiny, małże i skały.

To nic.

Nic, doprawdy, mówię wam.

Nic.

W porównaniu z jednym słodkim
jak miód miodnie miodny
faktem.

Nie idę jutro do szkoły.





hahahhahahahahahahha!

czwartek, 21 lipca 2011

Jeśli tylko

Nic więcej ponad to co jest a i tak za mało!

Wiecie co, Światy Ukryte i Cuda Niedostępne?

Łaknę perwersji!

 Las kołysał się pod batutę wiatru.
 Jak pięknie. Szum snuł magiczną opowieść...

 Nigdy nikt nie kochał tak żałośnie i moco,
 jak dwoje młodych dzieci
 Waria i Gideo.
 Ich miłość ze snów prosto
 została spisana
 tak własna.
 Krążyły nad nimi smutne matek oczy
 i płonął gniewny głos ojców
 na próżno.
 Pod niebem zeszarzałym gniewnie
 z gąłązkami ostu biegali
 całkiem boso.
 Waria wplatała zboże złociste
 we włosy swoje płowe
 ze złością.
 Gideo pola ciął łukiem biegu,
 zapamiętały w szaleństwie 
 bladł tylko.
 I byli sobie sami przyjaźnią
 i wrzosami czułości
 i trwogą.
 Kąpali się w rosie i deszczu,
 płakali za zmarłą krową,
 orali rzekę.
 Gdy nadszedł czas umierania,
 spojeni w cichym dudnieniu,
 lęk czuli.
 Waria patrzyła tępo na stosy,
 ręką macała pręty.
 Gideo tulił.
 Kruki i kawka rozpoczynały smętne pieśni.
 Drzewo dziecięcej furii 
 pochylało się ciężko.
 A raz słońce spóźniało się z wstaniem
 i żal rozkołysał serce. 
 Usnęła.
 Gideo się zbudził z ręką na jej brzuchu,
 a biała Waria wciąż spała.
 Bo ciemno.
 Spali więc oboje z naiwną ufnością
 i dzikim wrzaskiem dziecka,
 spali mocno.

Sama nie wiem, co jest prawdą w opowieściach lasu. Bo las, on mnie perfidnie przeciąga na stronę ciszy i bezwstydu. Niby dobrze. Lubię ciszę. Ale nie milczenie. A tu, ten las chce, bym milkła. Sam bezwstyd jest nawet kuszący. Jednak chyba wolę łaknienie. I muskanie samo. O tak.

wtorek, 19 lipca 2011

Wracam

Nie tu, na taflę bloggerowego egzystowania.
Nie do życia, też coś! Phi.

Wracam do wałsnej głowy.

Droga była długa. Ścieżka kręta i zawiła.
Las kusił szumem liści i cieniem pod pajęczynami.
Ale widzicie, u mnie las jest wielką głębią.
To coś jak krytyczny punkt. Tylko przyjemny,
z pozoru normalny, codzienny i właściwy.

Jednak wróciłam.
Ścieżka była leśna, co logiczne chyba.
Piach w butach. Och, nie mogłam iść boso!

Kirke, moja czarna pantera, irytowała się non stop.

Hyfelon, ptak puszczy, który za mną leciał,
nie mam pojęcia, po co, gdaczał,
że jest napalony i jest mu zimno.
Jednocześnie. Ale lubiłam drania.

Zostało mi w worku doświadczeń pozaumysłowych coś nowego.
Bo może właśnie odkryłam, że wolę słoneczniki na sukienkach
i kapeluszach od tych żółtych i prawdziwych.
I nienawidzę upału i kocham ciepło.
Żałuję tych, których nie znoszę. Lubię nie być mną.

Kirke miałam za złe jej
niekończące się prychnięcia.
Mówiąc jednak szczerze,
tylko ona trzyma mnie
wokół szkieletu i w siateczce
skóry. Ałć. Znowu.
Dzięki, Kirke!

Ku mojemu zdumieniu, wracam jednak
i jestem teraz sobą we własnej głowie.
Która, swoją drogą, boli mnie strrraszniee.

I siedzę wpatrzona tępo w monitor.
I siedzę klikając zawzięcie.

O tak, jakoś tak. Jest to.

wtorek, 26 kwietnia 2011

Przebudzenie

Budzę się po dwóch miesiącach snu. I zastaję Grozę. Istną Grozę.
Za takie coś to ja dziękuję!
Świat się zmienił. Drassstycznie. Zaczynam sssshyczeć. Jak Voldemort.
Niebo jest fioletowo - zielone.
Flaki pełnią funkcję chmurek.
Niegdysiejsi antropolodzy bzikują w McDonaldzie.
WRAAAAAAAAAAAAAAH.
Tonę w niezrozumieniu współczesności.
Czas teraźniejszy to ZUO.
Czas przeszły rządzi.
Chyba nie mam oparcia we Wszechświecie.

wtorek, 22 lutego 2011

Kim jestem?

 Kim jestem, jeśli nie trawą? Wszak rosnę na deszczu i śmieję się do Słońca. Jestem soczysta niczym zieleń. Bywam też blada.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Sława

Kojarzę, dość dobrze nawet, musical o takim tytule. Sława.
Pytanie na dziś brzmi:
jak zasłynąć spełnionym marzeniem?
Odpowiedzi może być multum totalne.
Nie radzę zyskiwać sławy przez radowanie się ze spełnienia marzeń.
Teraz mnóstwo tekstów o wyjątkach.
A i owszem, są wyjątki.
Niemniej, gdy nie czujecie się wyjątkami (och, nie, nie odbieram wam tej waszej indywidualności), nie spełniajcie marzeń pochopnie, na siłę, by zyskać uznanie ludu.
Wówczas bowiem nie będzie to miało niczego wspólnego z istotą fantazjowania.

Ale przyznajcie - brzmienie i sensowność zapytania - pierwsza klasa :)

Zapamiętam

że coś jest nie tak.
Niemniej, czytając fragmencik doprawdy mały, ale jakże uroczy Wesela Wyspiańskiego,
poczułam się dziwnie świadoma swych korzeni. Nawigacja google'owska nic tu nie da.
Moja osobowość narodowa jest formą znacznie piękniejszą.

Pod zakładką gorseta puka bowiem...

Serce -?-!-

A to Polska właśnie.

niedziela, 20 lutego 2011

Kraczące niepewności

Budzę się rano. Moją pierwszą myślą jest jakże oryginalne kurcze. Kurczęta co prawda nie pojawiały się na wąskim wokół-łóżkowym horyzoncie. Ich żółć wkrótce jednak poważnie miała mnie zalać. Budzik nastawiłam na 8.30! Anielko, wstałam o 11.00. Toż to się nie godzi!
Plany bowiem miałam wielkie. Co zrobić? Pozostało mi wzywać kurczęta. No i, na moje nieszczęście codzienne, okazało się, że mogłabym robić za miejscowego szamana.
Żółte kulki pojawiły się w liczbie dwu. Patrzyły na moje zdziwienie błyszczącymi ślepiami zdegustowania. Toż to była niemal tortura. Poczułam ogromniastą żałość. A kurczaki beznamiętnie mnie dobijały. Poddano mnie okrutnej próbie charakteru.
Ach... nie mrugnęłam. Zdezorientowane żółtki zakraczały niepewnie. Planowałam zemstę. Ale cóż, kiedy w chwilę przed dokonaniem się tejże, wzięto sprzed mych szponów kurczaki żółte dekoracyjne w liczbie dwu. Mlasnęłam z niechęcią adresowaną do Wszechbytu oczywiście.
Na co komu kurczaki w lutym?